|
|
||||||
|
księga gości dizajn by Milva blog.pl
|
||||||
|
|
2007 |
|
z T- " to nie pierwszy raz" z T- "jedziem" Bernadetta zgodziła sie abym tutaj pisała, ba... wysłała maila z zapytaniem dlaczego jeszcze nie publikuję. Żeby stanąć w prawdzie muszę w tym momencie przyznać się, że pomimo posiadanego od kilku dobrych dni dostępu do panelu administracyjnego - nie opublikowalam TUTAJ nic bo zaiste zatkało mnie... Zatkała mnie moja bezszczelność. Gdzie ty sie Małgosiu znowu pchasz....? Ale dzisiaj w ten paskudny deszczowy dzień, w którym nic sensownego nie zrobiłam, przejrzałam troche rozpolitykowanych stron na necie i zobaczyłam ze po różnych przepychankach słownych, szarpaninie na blogach -min. redakcja Rzeczpospolitej zebrała w jedno miejsce swoich publikujacych na necie autorów http://blog.rp.pl - tak wiec T.Terlikowski, RAZ, J.Ligocka, B.Wildstein, zapewne w ramach realizacji dalekosieżnych planów szefów sztandarowej obecnie gazety ludzi władających naszym krajem, są teraz skomasowani w jednym miejscu i jak wyjaśnił Ziemkiewicz w salonie 24 http://rafalziemkiewicz.salon24.pl/21546,index.html ich pozostałe blogi "uległy zamrożeniu" co wynika z logiki korporacyjnej i z mojej umowy z tym dziennikiem - tak wiec poszukiwacze aktualnych wpisów poczytnych publicystów bedą musieli zmienić dotychczasowe kursy ślizgania sie po necie a Tezeusz znowu wyciszy sie ... i wtedy, wtedy... jest tutaj mniejsce dla takich kobit jak ja. Dla bardzo zwykłych kobit, prozaicznych , przyziemnych, nie aspirujacych, zmeczonych i tak se uduchowionych a w dodatku dyslektycznych i gubiacych sie w imiesłowach.... Jeśli tak - to bez wiekszych planów i projekcji - zaczepię się tutaj. pozdrawiam m ps. jeżeli wiec cokolwiek może mnie ośmielać do pisania na Tezeuszu bloga to hasło przewodnie portalu "chrzescianie w swiecie" - hohohoho !- jesli wszyscy chrześcijanie w tym świecie to takze tacy jak ja - siekierką ciosani ... 2007-07-06 23:47:01 skomentuj (0) załozylam nowego bloga na Tezeuszu zalozylam nowego bloga na portalu Tezeusza tam to zapisy cyfrowe inaczej dzialaja ale chyba moj blog mozna znalesc pod linkiem http://tezeusz.pl/blog/?cat=43 zdaje sie.... dla wygody i swojej i ewentualnych gosci TU bede wklejac teuzeuszowe wpisy takze na margerytce a co tam 2007-07-06 23:45:48 skomentuj (1) zaiste przejdzie to do historii jezyka polskiego jak cytaty z "Seksmisji" "Teraz ze mną na solo nie wygrasz. Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i kur... będę jak brzytwa" 2007-03-22 19:38:10 skomentuj (2) z bloga JKM czyli 83 % dwa dni temu J.Korwin-Mikke na swym blogu tak napisal [...]Pamiętajmy też o niedawnym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, ostatecznie wyjaśniającym, że "emerytura" jest traktowana w sensie socjalistycznym - czyli: nie ma koniecznego związku między wysokością składki, a świadczeniem emerytalnym; co oznacza, że "składka" jest po prostu podatkiem. I możemy już przystępować do szacowania podatku. Średnie zarobki: 2600 zł Składki socjalne: 45,8% (ubezpieczenie emerytalne, składka na Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej, ubezp. rentowe i od bezrobocia) 1191 zł. Czyli Zarobki realne wynoszą 3791 zł. Podatek PIT 19% płacimy tylko od płacy: 551 zł; uwzględniając ulgi: 510 zł Wydatki na alkohol: 150 zł; akcyza i inne podatki: 90%: 135 zł. Paliwo: 400 zł akcyza i inne podatki: 70% = 280 zł Żywność: 40% pozostałych wydatków; ukryte w niej podatki: ca 35% = 216 zł Mieszkanie i energia (gaz, el) 30% pozostałych wydatków ; ukryte w nich podatki: 45% = 208 zł Zakupy towarów i usług - 30% pozostałych wydatków (w tym ukryty VAT i CIT!) 80% = 370 zł W sumie MY płacimy (a zanoszą to w zębach do Urzędów Skarbowych, w roli bezpłatnych poborców, producenci...) 2910 zł co stanowi 77% naszych dochodów (3791 zł). Do tego jednak dochodzą podatki od nieruchomości, psów, i wiele innych (bardzo zróżnicowanych) - co w sumie daje wspomniane 83% [...] i ja sie z nim zgadzam bez wzgledu co o nim slysze (lacznie z tym ze jest bylym ubolem) 2007-03-22 19:24:40 skomentuj (1) weekendowy przeglad prasy... 2 teksty: 1.T.Terlikowskiego z sobotniego + - w rzepie : Szukając korzeni zła Czy Kościołowi w Polsce grozi powtórka ze skandali homoseksualnych w Ameryce i Irlandii? Niekoniecznie, jeśli trafnie zdiagnozuje się sytuację i zacznie stosować narzucone przez Stolicę Apostolską zasady postępowania Gdy jeszcze kilkanaście miesięcy temu rozmawiałem z polskimi duchownymi o watykańskiej deklaracji zakazującej wyświęcania homoseksualistów na duchownych, wydawało się, że ta sprawa wprost nas nie dotyczy. Większość księży sugerowała, że jest to problem Amerykanów, którzy tolerują w seminariach subkulturę gejowską i nie aprobują katolickiego nauczania w tej kwestii. Tylko nieliczni przyznawali wówczas (a i to raczej półsłówkami), że problem ten niebawem może pojawić się i w Polsce. Jak może być poważny, pokazują na razie pogłoski. Trzech suspendowanych (w odniesieniu do jednego z nich karę zawieszono) duchownych w Płocku to dopiero początek - sugerują coraz częściej w prywatnych rozmowach księża i świeccy z innych diecezji. Już teraz wymienia się przynajmniej trzy miasta, w których sytuacja ma być równie poważna, a może nawet poważniejsza niż w Płocku. Nieoficjalnie przyznaje się, że w jednej z ważniejszych metropolii w Polsce księża są typowani na parafie ze względu na swoją orientację, w innej diecezji zdecydowana większość pracowników kurii ma mieć nieukrywane preferencje homoseksualne. Czy tak rzeczywiście jest, trudno na tym etapie oceniać. Jeśli jednak choćby część tych rewelacji okaże się prawdziwa, Kościół w Polsce stanie wobec kolejnego kryzysu, którego skala może przyćmić nawet to, z czym mieliśmy do czynienia w sprawach lustracyjnych. Czy tak się stanie, zależy w znaczącym stopniu od tego, czy wcześniej uda się zaadaptować i zastosować watykańskie procedury postępowania z księżmi, którzy popełniają nadużycia seksualne wobec nieletnich lub nawet pełnoletnich pozostających wobec nich w służbowej czy hierarchicznej zależności. Zero tolerancji Procedury te zaś są jasne. W przypadku pojawienia się jakichkolwiek pogłosek o przestępstwach seksualnych duchownego musi zostać o tym poinformowana Kongregacja Nauki Wiary. Jeśli zaczynają się one w najmniejszym stopniu potwierdzać, konieczne jest odsunięcie podejrzewanego o nie duchownego od pracy duszpasterskiej z dziećmi, a jeśli zostaną ostatecznie potwierdzone, następuje suspensa, a następnie ostateczne wydalenie ze stanu duchownego. I nie chodzi tu tylko o prawne oczyszczenie czy pozbycie się problemu, ale o zachowanie poprawnego rozumienia urzędu kapłańskiego. Ksiądz przez sam fakt swoich święceń na najgłębszym poziomie staje się ikoną Chrystusa. Istotą jego służby nie jest więc bycie urzędnikiem kultu religijnego, ale uobecnienie przez swoją posługę obecności Bożej. "Istotą rzeczy nie jest kara, lecz ikonografia. Ksiądz, który seksualnie wykorzystuje dzieci, okrutnie oszpecił siebie jako żywe przedstawienie Chrystusa (...) Czyż notoryczne grzechy tego rodzaju nie czynią człowieka niezdolnym do objawiania w sobie tego duchowego ojcostwa, które jest istotą katolickiego kapłaństwa?" - retorycznie pyta katolicki myśliciel i teolog George Weigel w pracy "Odwaga bycia katolikiem". Sporne w tej kwestii pozostaje więc nie tyle to, czy wydalać ze stanu duchownego przestępców seksualnych, ile to, kogo uznać za przestępcę. Czy jednorazowy akt molestowania homoseksualnego licealisty powinien skutkować usunięciem ze stanu duchownego, czy też w takiej sytuacji można nałożyć pokutę i zaufać księdzu? Zdaniem kard. Avery'ego Dullesa może to wystarczyć, ale tylko jeśli upadek był jednorazowy, a później nastąpiła wieloletnia nienaganna służba. W Polsce jednak na razie większym problemem niż nadmierna surowość, przed którą ostrzega kard. Dulles, wydaje się nadmierna pobłażliwość wobec księży, którym udowodniono przestępstwa seksualne. O wiele częstsze pozostaje u nas załatwianie sprawy po amerykańsku, czyli przenoszenie duchownego do innej parafii i próba ukrywania jego skłonności przed wiernymi. Pasterze chroniący wilki Niewiele wskazuje, by w polskich diecezjach zalecenia Stolicy Apostolskiej były rzeczywiście realizowane. Pokazuje to przykład Płocka, gdzie ordynariusza informowano o nieodpowiednich zachowaniach seksualnych swoich podwładnych, ale ignorował te sygnały. I to mimo iż dokumenty watykańskie jasno stanowią, że już samo pojawienie się pogłosek o molestowaniu seksualnym nieletnich jest powodem nie tylko do rozpoczęcia procedur wyjaśniających, ale również do poinformowania o tym Stolicy Apostolskiej. Blokowanie przepływu takich informacji lub co gorsza tuszowanie spraw przez biskupa może (a niekiedy powinno) stać się powodem jego odwołania. Pewien typ zaniechania staje się bowiem współuczestnictwem, które uniemożliwia dalsze wypełnianie posługi biskupiej. Nie może być bowiem pasterzem ktoś, kto chroni wilki porywające młode owieczki - by posłużyć się starą metaforą. Niestety, jak pokazują działania Stolicy Apostolskiej, w tej kwestii jest ona o wiele ostrożniejsza. Kard. Bernard Law został wprawdzie odwołany ze stolicy biskupiej, kiedy ujawniono, że po wybuchu skandalu seksualnego w swojej diecezji próbował go tuszować, ale inni biskupi pozostali na swoich stanowiskach. W Polsce, choć w krycie abp. Juliusza Paetza zamieszanych było kilku czołowych hierarchów (choćby tych, którzy nie przekazali listu z dokumentacją sprawy Janowi Pawłowi II), nikt nie poniósł najmniejszych konsekwencji. Ikona Chrystusa Ukaranie winnych jednak nie wystarczy. Konieczne jest jeszcze zdiagnozowanie przyczyn pojawienia się takich problemów w polskim Kościele. W tej kwestii nie wystarczy posiłkowanie się twierdzeniami sformułowanymi już przez amerykańskich badaczy problemu. Polska sytuacja jest zupełnie inna. Polscy duchowni i teolodzy wciąż nie mają problemów z głoszeniem ortodoksyjnej nauki Kościoła w dziedzinie moralności, a lobby gejowskie nie wkroczyło jeszcze do duszpasterstw czy seminariów. Jedyną cechą wspólną sytuacji w Polsce i Stanach Zjednoczonych czy Irlandii pozostaje widoczny w każdym z tych krajów postępujący kryzys tożsamości duchownych. Już bowiem nawet poprawne zrozumienie, czym jest katolickie kapłaństwo i jaka jest jego istota, w zasadzie powinno uniemożliwić wieloletnie wykorzystywanie nieletnich przez księży czy tym bardziej jego tolerowanie przez przełożonych. "Człowiek, który rzeczywiście wierzy, że jest tym, kim jest, zgodnie z nauką Kościoła katolickiego jako ksiądz - żywą ikoną Jezusa Chrystusa Syna Bożego - nie zachowuje się jak seksualny napastnik. Nie może zachowywać się w ten sposób. Owszem grzeszy. Owszem jest glinianym naczyniem przechowującym wielki nadprzyrodzony skarb: może wygłosić nieciekawe kazanie, jego wybór muzyki na niedzielną mszę może być godny ubolewania, może czasem udzielić złej porady. Ale nie wykorzystuje swojego urzędu, by uwodzić i wykorzystywać seksualnie nieletnich" - podkreśla cytowany już Weigel. W obawie przed schizmą Ten wspólny dla Polski i Stanów Zjednoczonych kryzys kapłańskiej tożsamości ma różne w obu tych krajach przyczyny. Amerykański katolicyzm przez lata był formowany przez teologów, którzy mniej lub bardziej otwarcie odrzucali nauczanie w kwestii teologii kapłaństwa oraz moralności katolickiej. Ich zachowanie było od 1968 roku tolerowane przez Pawła VI i jego następców, którzy obawiali się całkiem realnej schizmy. Ta schizofreniczna sytuacja trwa zresztą również obecnie. Choć ponad rok temu Kongregacja Wychowania Chrześcijańskiego wydała dokument poświęcony zakazowi przyjmowania do stanu kapłańskiego homoseksualistów, spora część środowisk teologicznych w Stanach Zjednoczonych kontestuje ten zapis. A sam papież na swojego następcę w Kongregacji Nauki Wiary powołał abp. Williama Levadę, który przez 10 lat był ordynariuszem San Francisco (homoseksualnej stolicy świata) i nie zasłynął tam jako wytrwały propagator doktryny moralnej Kościoła. "Kłopotliwe dla tych, którzy patrzą na obecny pontyfikat z pełną nadziei uwagą, było też mianowanie przez Benedykta XVI George'a H. Niederauera na następcę Levady w San Francisco. Otóż w Salt Lake City biskup Niederauer cieszył się opinią, jak to się mówi, przyjaznego gejom" - zauważa ks. Richard J. Neuhaus w eseju "Rozejm roku 2005" opublikowanym w polskiej edycji "First Things". W Polsce nic takiego się nie dzieje. Ze świecą można by szukać teologów otwarcie kwestionujących nauczanie Kościoła w kwestiach moralnych czy sakramentów. A jednak poziom uwewnętrznienia tych prawd w umysłach kleryków i młodych kapłanów pozostaje często minimalny. Intelektualne zgłębianie prawd Kościoła, konieczne dla ich głębokiego przeżywania, nie jest bowiem najmocniejszą stroną polskiego katolicyzmu. Najlepiej pokazują to badania prof. Józefa Baniaka wśród byłych księży. Prawie 40 proc. badanych jako jeden z powodów odejścia z kapłaństwa podaje brak wiary w realność przeistoczenia. Jeśli zaś rzeczywiście tak jest - to powstaje pytanie, po co w ogóle przyjęli święcenia, i na ile duża jest grupa podobnie "niewierzących" duchownych pozostających w stanie kapłańskim? Menedżerowie w koloratkach Takie zaniedbanie formacyjne związane być może z dominującym modelem duszpasterskim, do jakiego przygotowuje się polskich kleryków. Mają być nie tyle przewodnikami duchowymi, pasterzami, ile ekspertami w dziedzinach wszelakich. Stosunkowo najrzadziej w kwestiach duchowych. Dlatego w wielu seminariach nie uczy się modlitwy kontemplacyjnej, nie próbuje wprowadzać w praktykę rozmaitych katolickich tradycji mistycznych. Wszystkie te wielkie techniki modlitewne zastąpić ma brewiarz. Ma, ale często nie zastępuje, bowiem jak wskazują cytowane już badania prof. Baniaka, gdy nadchodzi pierwszy poważniejszy kryzys, księża często najnormalniej w świecie przestają odmawiać swoje prawem przewidziane modlitwy. To zaś jest już pierwszy krok do upadku. Wychowanie do modlitwy, ascezy, wyrzeczenia pozostać zatem powinny, poza formacją intelektualną, podstawowym elementem życia seminaryjnego. Nie ma powodów, by sprawdzone przez wieki sposoby radzenia sobie z pokusami (nawet jeśli są one tak nienowoczesne jak biczowanie, włosiennica czy lodowate prysznice), nie były nadal propagowane w seminariach. To, co pomagało w osiągnięciu świętości św. Franciszkowi czy Benedyktowi, może pomagać także ludziom współczesnym. Podobnie jest zresztą z zapobiegawczym znaczeniem stroju duchownego. Normalnemu uczciwemu mężczyźnie o wiele trudniej przychodzi działanie niegodne, jeśli ma zostać dokonane w stroju, który określa jego kapłańską godność. Dlatego zupełnie niezrozumiała pozostaje coraz powszechniejsza wśród młodych duchownych niechęć do manifestowania swojego powołania w stroju. Niechęć ta pozostaje zresztą w pewien sposób skorelowana z liberalizacją postaw moralnych... Odzyskać męskość Problemem wydaje się także w wielu seminariach wciąż brak pełnej formacji do bycia mężczyznami. Celibat kapłański przeżywany powinien być przez pewnych swojej męskości i dojrzałych ludzi. Nie powinien oznaczać jej wyparcia, ograniczenia, wykastrowania, ale dopełnienie w wolnym wyborze służby Bogu i Kościołowi. Aby jednak ten wybór był rzeczywiście dojrzały i wolny, musi być ściśle powiązany z męskością, która wyraża się w pragnieniu miłości z kobietą i posiadania z nią dzieci. Kto takiego pragnienia nie posiada, komu pragnień tych nie pozwolono dostrzec i wysublimować, nie może w sposób właściwy przeżywać kapłaństwa. Jak wynika z moich rozmów z klerykami i młodymi księżmi, dla wielu rektorów i kierowników duchowych w polskich seminariach ideałem pozostaje chłopak, który nie odczuwa pragnień życia rodzinnego i bycia z kobietą. To zaś może oznaczać, że idealnym kandydatem do kapłaństwa pozostaje dla nich ktoś, kto może posiadać skłonności homoseksualne. Bo chyba tylko taki mężczyzna nie odczuwa dojmującego pragnienia posiadania rodziny, które złożyć można w ofierze celibatu Bogu i Kościołowi. Brak uświadomienia sobie tego elementu kapłaństwa rodzi nie tylko niebezpieczeństwo przepuszczania przez sita duchowe homoseksualistów, ale również sprawia, że wielu duchownych zatraca w posłudze duszpasterskiej męskość. Miękki głos, delikatne ruchy pozostają zbyt często najłatwiej rozpoznawalną częścią osobowości polskich księży. Co dalej? Przyczyn pojawienia się w polskim Kościele coraz bardziej widocznego problemu homoseksualizmu i związanego z nim wykorzystywania dzieci można by zapewne podać więcej. Jednak niezależnie od takich możliwości jedno pozostaje pewne: jeśli polska hierarchia rzeczywiście nie chce, by powtórzyła się tu sytuacja z Irlandii czy USA, konieczne jest jak najszybsze wprowadzenie w życie (a nie tylko w słowa) wypracowanych przy okazji tamtych dramatycznych sytuacji standardów zachowania. Aktywni homoseksualiści (heteroseksualiści zresztą także), szczególnie ci molestujący nieletnich lub osoby pozostające wobec nich w zależnościach służbowych, powinni być wydalani ze stanu duchownego. Nie należy z tym czekać do momentu opisania sprawy przez media. Wymaga tego zarówno miłosierdzie wobec ich ofiar, jak i wobec nich samych. Tolerowanie zła może bowiem prowadzić do błędnego wniosku, że pozostaje ono jakimś dobrem. Kolejnym krokiem powinno zaś być takie przekształcenie struktur kształcenia seminaryjnego, by zamiast urzędników kościelnych, często nie do końca dojrzałych, wydawały one świadomych swojej wiary kapłanów, którzy potrafią i chcą się modlić, nie wstydzą się sutanny i koloratki, a ukojenia szukają w modlitwie, a niekoniecznie w spotkaniach towarzyskich... W tradycji katolickiej można znaleźć wiele metod kształtowania takich charakterów. Trzeba tylko do nich sięgać. I nie bać się, że zostanie się oskarżonym o anachronizm czy przestarzałość. O wiele lepiej mieć księdza we włosiennicy, który umie się opanować, niż księdza, który ociera się w czasie mszy świętej o ministrantów! Tomasz P. Terlikowski 2. niejakiego Miroslawa Czecha z wybiorczej sobotniej : Teologia na ubeckich papierach Mirosław Czech2007-03-17, ostatnia aktualizacja 2007-03-16 17:32 Z książki księdza Isakowicza-Zaleskiego wynika, że rejestrowanie księdza jako TW mimo braku jego ustnego czy pisemnego zobowiązania było regułą w działaniach SB wobec duchownych Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski napisał książkę niewątpliwie historyczną, lecz nie w rozumieniu dyscypliny naukowej, której kanonów chciał przestrzegać. Pod tym względem jego praca nie spełnia wymagań metodologicznych na zupełnie podstawowym poziomie. Nie jest ani pracą naukową, ani też popularnonaukową - jak we wstępie określił ją sam autor. Jest zapisem "porażenia", jakiego doznał po lekturze dokumentów z archiwów dawnej SB, i które postanowił zaaplikować całej Polsce. Ujawnia manowce, na które sprowadzić może - przyzwoitego skądinąd człowieka - "teczkomania". Ks. Isakowicz-Zaleski uległ ślepo iluzji wiedzy tajemnej, którą rzekomo posiedli czytelnicy esbeckich archiwów. Spodobało mu się operowanie sekretnie brzmiącymi pojęciami: "opracowanie kandydata", "zadaniowanie" i "rozmowa pozyskaniowa". Jakby samo ich używanie zwalniało z myślenia i krytycznego namysłu. Jakby na tej tylko podstawie można było wyrokować o losach ludzi w PRL. Żywoty księży świętych i upadłych Gatunek literacki, jaki reprezentuje książka ks. Zaleskiego, najlepiej oddać za pomocą trawestacji jej tytułu. Nie jest to bowiem opis zmagań "księży wobec bezpieki", lecz są to "Żywoty księży świętych, bohaterskich i upadłych oraz takich, co do których istnieją wątpliwości, a także kleryków i niektórych osób świeckich. Spisane na podstawie dokumentów funkcjonariuszy komunistycznej SB - zaprzysięgłych wrogów Wiary, Kościoła i Narodu". Autor opowiada dzieje swoich bohaterów, prowadząc czytelników ścieżkami ich wychowania, nauki i kariery. Pisze o biskupach, prowincjałach, kanonikach, infułatach i prałatach oraz księżach "dołowych" - pracujących w poszczególnych parafiach proboszczach i wikarych. Dzięki temu uzyskujemy w miarę pełny obraz struktury kościelnej i pokus, na jakie zostali wystawieni przez SB. Ks. Zaleski stara się używać języka obiektywnego opisu, właściwego dla bezstronnego badacza, ale raz za razem duszpasterz zwycięża w nim nad "szkiełkiem i okiem" profesjonalnego dziejopisa. Książka ma charakter przypowieści - jej poszczególne rozdziały śmiało mogą służyć za podstawę wygłoszenia kazań podczas nabożeństw w Dniu Prześladowania Kościoła przez Komunistów - gdyby Episkopat zechciał go ustanowić. Autor nie ograniczył się jednak do kanonów piśmiennictwa hagiograficznego i dziejów swoich kolegów, którzy - podobnie jak on sam - odegrali ogromną rolę w polskiej drodze do wolności i niepodległości. Chciał samooczyszczenia stanu kapłańskiego. Poszedł na całość, bo - jak pisze - przeczuwał, że "problem tzw. lustracji duchowieństwa wcześniej czy później stanie się problemem publicznym, a unikanie jego podejmowania przez Kościół może doprowadzić do nieodwracalnych szkód". Święte słowa. Każdy, kto widział niedoszły ingres abp. Stanisława Wielgusa, powinien przyznać mu rację. Kłopot w tym, że ks. Zaleski powiększył te szkody do kwadratu. Stworzył atmosferę sensacji i szoku wokół kościelnej lustracji, oskarżając o współpracę z SB Bogu ducha winnych ludzi jedynie na tej podstawie, że tak stoi w esbeckich kartotekach. Rzecz o metodzie Ks. Zaleski podzielił książkę na osiem rozdziałów według sobie tylko znanych kryteriów. Tytuły kilku z ich brzmią zachęcająco - jak wstęp do analiz metodologicznych: "Działania operacyjne", "Doniesienia", "Pozorna współpraca", "Problemy". Ale próżno w nich szukać wniosków z badań nad sposobami werbunku duchownych. Nie wiemy, czy opisane przypadki były masowe, czy też sporadyczne, i z czego to wynikało. Nie dowiadujemy się, czy i jak się zmieniały dyrektywy kierownictwa SB w sprawie metod pracy operacyjnej. Cały okres PRL-u został przedstawiony jako linia ciągła - jakby się w Polsce nic znaczącego nie wydarzyło, jakby metody inwigilacji i represji wobec Kościoła nie ulegały zmianie, pomimo wzrostu jego siły aż do potęgi z czasów Jana Pawła II. Ks. Zaleski wymieszał biografie duchownych z różnych epok - na jednej płaszczyźnie stawiając rejestrację tajnych współpracowników z lat 40. i 50. oraz 70. i 80., gdy nawet po pobieżnej lekturze widać, że różnią się one zasadniczo. Werbunek w więzieniach na przełomie lat 40. i 50. zastąpiony zostaje przez bardziej subtelne metody oferowania ułatwień w karierze, otrzymaniu paszportu czy też załatwienia pozwoleń na budowę kościoła. Autor sygnalizuje problem "kleru postępowego" - księży patriotów oraz duchownych skupionych wokół oficjalnego Caritasu - lecz nie dowiadujemy się, czy było to rzeczywiście środowisko szczególnie podatne na podejmowanie tajnej współpracy. Autor nie wytłumaczył, dlaczego przypadki duchownych o podobnej zawartości ich teczek umieścił w różnych częściach. W rozdziale "Pozorna współpraca" opisał dzieje esbeckich zabiegów o pozyskanie do współpracy jednego z księży, chociaż on nigdy nie figurował jako tajny współpracownik, lecz jedynie jako kandydat na TW, a tego nawet IPN nie uznaje za kategorię osobowego źródła informacji SB. Nie uzasadnił powodu, dla którego umieścił przypadek obecnego bp. Wiktora Skworca w rozdziale "Współpraca", chociaż z dokumentów jasno wynika, że współpracy nie było, co potwierdziła grupa historyków. Owych "dlaczego" jest naprawdę dużo. Książka ks. Zaleskiego jest jak palimpsest - najpierw trzeba zdjąć warstwę wierzchnią, by dokopać się do tego, co pod spodem. Ks. Zaleski pisze, że nie mógł skorzystać z archiwów kościelnych, bo one "z założenia nie udostępniają teczek personalnych osób żyjących lub niedawno zmarłych". Przeprowadził jednak liczne rozmowy z kolegami w kapłaństwie, którzy udzielili mu "szeregu cennych informacji", ale "prawie wszyscy prosili o zachowanie anonimowości. Podobnie było z duchownymi, z którymi konsultowałem opisy poszczególnych sylwetek księży". To powinno podpowiedzieć zachowanie szczególnej ostrożności w ferowaniu wyroków. Tajni współpracownicy "na wyrost" Autor „Księży wobec bezpieki” napisał: „W dyskusjach na temat akt przechowywanych w IPN często powraca pytanie, czy Służba Bezpieczeństwa mogła zakładać fałszywe teczki tajnych współpracowników - to znaczy takie, które zawierałyby wyłącznie specjalnie spreparowane dokumenty. Odpowiedź brzmi: nie, do tej pory nie stwierdzono takiego przypadku. Zdarzało się natomiast, że funkcjonariusze bezpieki przeprowadzali rejestrację »na wyrost «: odnotowywali kogoś jako tajnego współpracownika mimo braku ustnego czy pisemnego zobowiązania z jego strony”. Jeżeli ktoś nie zgadzał się ustnie lub pisemnie na współpracę, to jak może być uważany za tajnego współpracownika, a jego teczka za niesfałszowaną? Na podstawie tego, że tak stoi zapisane w dokumentach SB, a więc jest obiektywnie prawdziwe, chociaż ktoś subiektywnie nic o tym nie wiedział. Ale to już przerabialiśmy - w procesach stalinowskich skazywano ludzi na tej podstawie, że obiektywnie pracowali na rzecz obcego wywiadu, chociaż subiektywnie nie mieli o tym pojęcia. Ks. Zaleski jedynie powtórzył tezy prezesa IPN Janusza Kurtyki ("Różne odcienie współpracy z SB", "Rzeczpospolita", 28 listopada 2006): "Osoby rejestrowane jako OZI były zwerbowane i świadome tego, że kontaktują się z bezpieką. Nie oznacza to oczywiście, że w każdym wypadku podjęły współpracę. Ale na pewno werbunek miał miejsce. (...) Rejestracja następowała zawsze po dokonaniu werbunku. (...) Sposób zbierania informacji przez bezpiekę był bardzo sformalizowany. Oczywiście mógł się zdarzyć raport oficera z przypadkowej rozmowy, ale nie towarzyszyła temu rejestracja rozmówcy". Prezes IPN i ks. Zaleski głęboko się mylą. Omawiane i publikowane w "Księżach wobec bezpieki" dokumenty jednoznacznie wskazują, że rejestracja "na wyrost" była regułą, a nie wyjątkiem w działaniach SB wobec duchownych. Pozwoliły im na to "Wytyczne Dyrektora Departamentu IV MSW z dnia 15 czerwca 1973 roku w sprawie form i metod działań operacyjnych Departamentu IV i jego odpowiedników w terenie". Zapisano w nich: "Instrukcja pracy operacyjnej proces pozyskania zaleca zakończyć odebraniem zobowiązania do współpracy. (...) Wymóg ten, zwłaszcza w stosunku do osób duchownych, należy stosować elastycznie. (...) Jego formalne potraktowanie może niejednokrotnie uniemożliwić pozyskanie. Stąd fakt przyjęcia zobowiązania nie musi być głównym kryterium pozyskania". Uznano, że "za podstawowe kryterium pozwalające na stwierdzenie, że pozyskanie możemy uznać za dokonane, przyjmujemy fakt, że pozyskiwany przekazuje nam przedstawiające wartość operacyjną informacje (ustnie lub pisemnie), wykonuje zlecone mu zadania oraz ma świadomość, że kontakt jego z pracownikiem SB jest systematyczny i ma charakter służbowy (nieoficjalny)". Chodziło o to, by księdza stopniowo oswajać ze stałą obecnością bezpieki i tak ewentualnie kaperować do rzeczywistej współpracy. Policzyłem: wśród ponad 30 rejestracji dokonanych po opublikowaniu "Wytycznych", które z imienia i nazwiska opisuje ks. Zaleski, w 27 przypadkach esbecy nie pobierali zobowiązania do współpracy na piśmie. W sześciu dalszych autor nie poinformował nas o formie rzekomego werbunku, nie wspomina też o żadnym pozyskaniu TW na podstawie pisemnej deklaracji o współpracy. Opisuje dzieje jednego księdza, który podpisał współpracę w latach 60., ale ją zerwał, by w kilkanaście lat później ustnie zgodzić się na jej podjęcie. W odniesieniu do kilku duchownych mamy informacje o przyjęciu pseudonimu oraz podpisaniu deklaracji, że treść rozmowy z esbekiem pozostanie w tajemnicy. Jeśli przyjąć grupę tajnych współpracowników z archidiecezji krakowskiej za próbę reprezentatywną dla całego kleru (nie widzę powodów, dla których miałbym tego nie uczynić), to wychodzi na to, że w przypadku duchowieństwa regułą była rejestracja tajnych współpracowników z pominięciem pisemnego zobowiązania. A zatem pisemny werbunek należał do wyjątków, co oznacza zupełne odwrócenie tezy obowiązującej dotychczas w literaturze historycznej. Bo historycy wmawiają nam, że było dokładnie na odwrót. Stąd wniosek, że w dziejach metod werbowania przez SB agentury wśród kleru należy wprowadzić zasadniczą cezurę. Pod względem formalnym i faktycznym sytuacji z lat 40., 50. i 60. nie można zrównywać z okresem późniejszym. To postępowanie ahistoryczne, nieuwzględniające okoliczności, czasu i miejsca analizowanych wydarzeń, a także zawartości dokumentów pozostawionych przez bezpiekę. Wspomniane wytyczne nie wzięły się z powietrza - są dowodem na dużą skuteczność zakazu potajemnych kontaktów i współpracy z milicją, jaką Episkopat pod kierownictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego wydał w 1969 roku. W "Wytycznych" napisano, by esbecy pracujący z agenturą byli stale świadomi, że: "u t.w. ciągle występuje problem lojalności wobec jego środowiska i zobowiązań wobec nas; zawsze istnieje możliwość, że t.w. może dążyć do rozluźnienia łączących go z nami więzów i uwolnienia od przyjętych wobec nas zobowiązań; w środowiskach będących w naszym zainteresowaniu jest bardzo duża wrażliwość na aspekt moralny współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, a szczególnie na przekazywanie materiałów obciążających ludzi oraz duża obawa przed dekonspiracją". Zadaniowanie czy nawracanie W historiach opisanych przez ks. Zaleskiego niemal nie występują wzmianki o własnoręcznych raportach spisywanych przez TW zarejestrowanych po 1973 r. Są jedynie raporty esbeków z rozmów z duchownymi. To od nich zatem zależało, jaką formę przybiorą relacje z tych spotkań, które na ogół odbywały się na plebaniach, w mieszkaniach duchownych, w biurach paszportowych, rzadziej w kawiarniach, a najrzadziej w siedzibach SB. Ks. Zaleski nie zacytował żadnego dokumentu, w którym by stało czarno na białym, że "TW taki to a taki, realizując zadania takie to a takie, donosi co następuje". Jak więc rozumieć "zadaniowanie" tajnych współpracowników, skoro ci na ogół niczego nie podpisywali i zupełnie niczego nie pisali? Tym bardziej że sami esbecy wzmiankują, że kilku z nich nie miało pojęcia, iż kontakty i rozmowy z esbekami są kwalifikowane jako tajna współpraca. Jeden z księży w 1979 r. został zarejestrowany jako TW. Był jak najbardziej "zadaniowany" i wynagradzany. Szkopuł w tym, że osiem lat później naczelnik SB województwa nowosądeckiego raportował, że ów agent "nie jest związany ze Służbą Bezpieczeństwa i nie wie, że nasze z nim kontakty to współpraca". Ale towarzysz pułkownik postąpił dziwnie - nie naurągał podwładnym, nie wyrzucił ich z pracy, ale spokojnie zalecił, aby kontynuować dialog operacyjny z rzekomym agentem i "dalej wiązać go ze służbą". Pogłupieli w tym Nowym Sączu, czy co? A może chcieli zrobić na złość prezesowi Kurtyce, dla którego werbunek jest werbunkiem, nawet gdy tym werbunkiem nie jest? Poważnie mówiąc, nie znajduję innego wytłumaczenia niż to, że dla SB w schyłkowym okresie PRL każdy w miarę systematyczny kontakt z osobą duchowną mógł zostać uznany za zgodę na tajną współpracę. To sytuacja podobna do werbunku obywateli państw obcych - od nich również nie pobiera się pisemnych zobowiązań, bo ważny jest sam kontakt oraz informacje, które można od nich wydobyć. Ale bezpieka nie traktowała księży jak obcokrajowców - przyznawała, że najłatwiej się z nimi rozmawia, apelując do ich odpowiedzialności obywatelskiej. Musiała więc uważać, że z klerem należy postępować szczególnie ostrożnie i niekonwencjonalnie. Że wystarczy jej, iż ktoś w ogóle chciał z nią rozmawiać na jakiekolwiek tematy. Ks. Zaleski czuje, że w czasach mu bliskich ze współpracą księży z SB coś jest nie tak. Naliczyłem blisko dziesięć przypadków TW, co do których agenturalności zgłasza zasadnicze zastrzeżenia. W czterech przypadkach twierdzi, że była pozorna, w kilku innych sam się zdumiewa, jak kapłan, którego znał i cenił, mógł pójść na świadomą współpracę z bezpieką. Daje świadectwo ich uczciwości i lojalności wobec Kościoła i narodu. W przypadku innych księży, na których zgromadzono podobny materiał, nie jest już jednak tak łaskawy. Nad kilkoma powinien się przynajmniej zastanowić i je zbadać na podstawie kościelnych archiwów. Oto w połowie lat 80. jako TW zarejestrowano znanego w swojej okolicy duchownego, kapelana "Solidarności" znanego z pomocy ludziom podziemia. Na pierwszy rzut oka to zdrada jak się patrzy - i tak też całą historię przedstawia ks. Zaleski. Więcej materiału przynosi pierwszy tom studiów krakowskiego oddziału IPN oraz Wydziału Historii Papieskiej Akademii Teologicznej w tymże Krakowie. Dowiadujemy się, że rzekomego werbunku dokonał funkcjonariusz SB, któremu tenże kapłan udzielił ślubu oraz bierzmował córkę. My dopowiedzmy, że musiał na to uzyskać zgodę swojego zwierzchnika, ponieważ w Kościele rzymskokatolickim bierzmować może wyłącznie biskup, czego ślady powinny pozostać w kościelnym archiwum. A więc nie ukrywał przed zwierzchnikami, że często się kontaktuje z funkcjonariuszem SB i jego rodziną. Rewolucja w teologii? Ów duchowny musiał esbeka spowiadać, udzielać mu nauk, opowiadać o Kościele i dostarczyć potrzebne dokumenty. Esbek o różnych sprawach raportował w swoich papierach, ale nie odnalazłem śladu pochwały, że oto wynalazł szczególnie przebiegłą technikę operacyjną. Nic też nie wspomniał, że wziął ślub i bierzmował córkę. Co przed kim ukrywał i czego chciał uniknąć? Kamuflował się bardziej przed księdzem czy przed swoimi zwierzchnikami? Oto pytania dla rasowego historyka, na które odpowiedzi może odnaleźć w dostępnych archiwach. I nie jest to odosobniony przypadek, bo jeden z księży w liście do ks. Zaleskiego opisał analogiczne zdarzenie. Też można wszystko sprawdzić, bo wspomina on o parafialnych dokumentach, w których wszystko stoi napisane. Ks. Zaleski nie ma wątpliwości - autorytatywnie stwierdza, że owi księża dali się zwerbować. Nieco subtelniejszy jest krakowski historyk Maciej Korkuć z IPN i PAT, który oględnie pisze, że pierwszy z opisanych duchownych mógł nie mieć świadomości, że jego spotkania z esbekiem są rejestrowane jako informacje TW, ale zadaje mordercze pytanie: "To ważne okoliczności. Czy, mimo wszystko, można je uznać za wystarczające usprawiedliwienie przekazywania funkcjonariuszowi SB jakichkolwiek informacji, zwierzeń i wewnętrznych opinii, tak bardzo potrzebnych służbie zwalczającej Kościół?". Wolno mi zapytać: co takiego stało się z polskim Kościołem, że sytuacja, którą można co najwyżej uznać za szczególnie perfidną formę represji komunistycznej wobec duchownego, staje się powodem do jego infamii i ciągania nazwiska po gazetach i książkach? Co takiego stało się z wiarą w Polsce, że ksiądz jest podejrzany tylko z tego powodu, że nie odmówił posługi kapłańskiej proszącemu o to grzesznikowi i jego całkowicie niewinnemu dziecku? Nie twierdzę, że wśród księży nie było tajnych współpracowników. Byli, i to w całym okresie komunistycznego zniewolenia. Donosili, kapowali, brali za to pieniądze i inne dobra materialne. Liczyli, że ich współpraca z bezpieką pomoże w karierze. Ale skala tego zjawiska jest nieporównywalna z oficjalnymi statystykami, w których stoi, że lata 80. były okresem "wielkiego werbunku". Werbować księży metodami stosowanymi przez SB w latach 70. i 80. potrafiłby każdy głupi - wystarczy, że ksiądz nie pogonił za drzwi. Książka ks. Zaleskiego jest porażką. Przede wszystkim jej autora, bo nie spełniła zakładanych przez niego celów i ujawniła jego ogromną indolencję badawczą. Źle by się jednak stało, gdyby za niepowodzenie, jakie stało się jego udziałem, winić tylko jego. Na Papieskiej Akademii Teologicznej ma on swojego opiekuna naukowego, który powinien go wspierać radą i krytyczną oceną. W wydawnictwie Znak pracował nad nią doświadczony redaktor, który powinien dbać nie tylko o poprawność języka, lecz nade wszystko o wartość merytoryczną publikacji. Ale i oni ulegli sugestiom obecnego kierownictwa IPN, które najęło się za pogrobowych adwokatów SB i w tej roli chce wytrwać do końca świata i jeden dzień dłużej. Podczas prezentacji "Księży wobec bezpieki" Antoni Dudek, doradca prezesa IPN, wygłosił płomienną pochwałę dzieła ks. Zaleskiego. Zaczął, że jako osoba wierząca jest mu wdzięczny za przywrócenie wiary w Kościół, bo stał się człowiekiem wątpiącym. A przecież - mówił - powinniśmy odróżnić wiarę w Boga od wiary w Kościół jako instytucję. Chwalił, że w Kościele znalazła się taka osoba jak ks. Tadeusz, podczas gdy podobnych postaci nie widać wśród dziennikarzy, lekarzy i naukowców. Rodzi się nam nowa dziedzina teologii oparta na materiałach komunistycznej bezpieki. 2007-03-18 23:55:36 skomentuj (0) ach dlaczegoz, dlaczego nie pisze o tych ulotnych dobrych chwilach...? ..skad ten opor, niemoc...? dobra przymusze sie i napisze :) to byl w czwartek a byl to w tym roku 8 Marca jedziemy rano z Monika taksowka: ja na zamek ona pwst i tak jej tam jecze jak to ja , o Oli, o sobie, o pracy, Monika okazala sie niewiasta delikatna z wyczuciem i mowi do mnie "a moze bysmy we trojke poszly na przedstawienie wieczorem do pwst..." i ja jej bylam za ta propozycje bardzo wdzieczna, bo zawsze to jakas proba wiazania trudnych relacji matek i corek... zadzwonilam do Oli, ona zgodzila sie; caly dzien na zamku to zadanie dla szalenca - samobojcy, czyli dla mnie; po tych wszystkich koordynacjach i innych zaiste przedziwnych rozmowach kolega Piotr zaciagnal na nadbudowe gdzie akurat piaskowali i pylu bylo ze hohohoho, cala uswniniona w tym pyle ceglanym wyszlam z arkad, poszlam sobie do palacu a tam tyle jeszcze do dokumentowania, wychodza jakies luki, schody, zamurowki - to sobie polazilam z godzinke, popatrzylam i juz taka calkiem polzywa, swiadoma ze buty, torba, kurtka no WSZYSTKO w tym pyle upackane,pomyslalam sobie ze do 19 -nastej (a byla 17-nasta) to moze jeszcze do pracowni zajade i dojde po trochu i ciagne przez mariensztat i juzem dochodzila do bednarskiej a na horyzoncie zjawa w kozuszku dlugim - Agnes. Tosmy sie wycalowaly (chyba) usciskaly (na pewno)i mowie do niej "choc na herbate" "nie , ona chora , do apteki" "a potem na herbate"; konsensus uzyskalysmy, apteka a potem knajpka i tak wyladowalysmy w barylce; zamowilam dla Agnes grzane piwo z malinowym sokiem,bo chora a sama swoj ulubiony belfast zimny saczylam i jeszcze po ciachu domowym i tak przegadalysmy w oparach tytoniu godzinke wielce uradowane swoim widokiem; pozegnawszy sie z Agnes wjechalam schodami ruchomymi na podwale i w deszczu migusiem na miodowa a tam 1,5 godziny przedstawienia z corcia, z Monika; przedstawienie moze byc, dyplomowe 4 roku aktorstwa, troche posarkalam, dziewczyny sie smialy, Ola topniala - bylo w porzo; obiecalysmy sobie z Monika rano, ze po teatrze zajrzymy na ciacho i kawe; zaciganelam je do dawnej prochibicji co to teraz to jakis tam cafe bar czy co, nie wiem czy to dalej biznes Konrada, ale ladnie tam i drogo-nic to, dostalam tego dnia pieniadze :)zaplacone przez klijenta w terminie! zamowilysmy z Ola drinki, Monika konsekwentnie wino, jedzonko dobre, potem drinki (ja konsekwentnie tez wybieralam same akuratne nazwy "sex beach" "chocolat orgazm"), potem ciastko i juz nas zemdlilo ; zaplacilam karta, wrocilysmy zadosne jak skowronki taksowka na uroczysko :) dzien kobiet :) ps. przez cale popoludnie i wieczorem po tych nadbudowach i komorach przy palacu knajpkach teatrach wedrowalam z dlugasna roza w rece - prezencie od Krzysia inzyniera budowy - efekt byla niezle ususzona jak zawedrowala do domu i od razu wyladowala wsrod suchek 2007-03-11 00:00:21 skomentuj (0) kasztany zdziwila mnie zwiekszona liczba odwiedzajacych mego bloga; co soba reprezentuje ten blog to sama wiem - stad tez zdziwienie wieksze; przejrzalam statystyki i linki stron wejsc, spisalam hasla z wyszukiwarek ktore naprowadzily wedrowcow netowych tutaj i oto wyniki :) - ramowy plan prezentacji - cierpienie w literaturze i sztuce - wizje obrazu zaświatów - literatura przedmiotu apokalipsa motyw - opis diabła w Fauście - ,,Piekło'' omówienie - plan prezentacji motywu gości z zaświatów - opis piekła+Biblia - opis wolanda mistrz i malgorzata - plansza z cytatami - obraz zaświatów - motyw piekła prezentacja - opis obrazu boscha piekło - opis piekla w boska komedia aaaaa matura sie zbliza, wzmozona aktywnosc na necie w wiadomych celach i moj wpis z cytatem ambitnego planu Oli naprowadza gawiedz... sorki za rozczarowanie... a tak zupelnie btw - Ola NIC z tego planu nie opracowala szerzej, NIC nie "rozwinela" "roszerzyla" mam calkiem wydaje sie uzasadnione podejrzenia, ze nawet podanych przez siebie lektur nie przeczytala... po ostatnim weekendzie kiedy poza mniejsza polowa nocy z soboty na niedziele oraz wieksza polowa nocy z niedzieli na poniedzialek - nie przebywala w domu, a w poniedzialek rano miala 38,5 do srody wlacznie i wogole nie widziala zwiazku przyczynowo - skutkowego pomiedzy radosnym weekendem a goraczka poniedzialkowa.... ma szlaban i juz - do matury taka jestem potworna ha! Ala dzisiaj mi powiedziala ze tez miala 2 miesiace przed matura szlaban, tez po jakis weekendach i to bylo dobre ja tak mysle... 2007-03-10 23:49:12 skomentuj (0) pozorna wspolpraca mam wrazenie ze zyje w jakims wariactwie... ze nastapila jakas destrukcja struktur, ze juz nie ma miejsca na analize, porownania, wymiane pogladow stanowisk; gdzies czas rozumu przestal obowiazywac a stal sie obowiazujacym czas emocji ... pytam sie Boze gdzie jestes? gdzie jest Duch Sw - pocieszyciel ale i dawca rozumu, rady, madrosci, milosci, gdzie jestes w tym czasie POMIESZANIA..? ------ bylam w zeszly piatek - dzieki Agnes ktora dala mi jedno z dwoch rozprowadzanych po BUWie zaproszen - na spotkaniu autorskim z x.Zalewskim gdzie on sam, jego redaktor, jeden z dyrektorow IPN mowi to samo ze rozdzial "pozorna wspolpraca" jest jednym z wazniejszych tematow w ksiazce, pokazujacym zloznosc tego co bylo i nikogo nie pietnujacym, napisanym wlasnie dlatego aby nie sadzic tych ktorzy "kluczyli" ------ i co? i oto czytam dzisiaj artykul na wp.pl Ponad 500 kapłanów diecezji rzeszowskiej broni biskupa Kazimierza Górnego w liście otwartym do ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. List ukazał się na internetowej stronie diecezji. Według sygnatariuszy listu, celem książki ks. Isakowicza-Zaleskiego nie była "prawda i miłość, które powinny przyświecać każdemu chrześcijaninowi, a cóż dopiero księdzu". Ks. Isakowicz-Zaleski w książce "Księża wobec bezpieki" napisał, że SB pozyskała do współpracy obecnego biskupa rzeszowskiego, Kazimierza Górnego w 1979 r., gdy budował kościół w Oświęcimiu. "My, księża Diecezji Rzeszowskiej, czujemy się bardzo dotknięci publikacją pt. 'Księża wobec bezpieki', w której Ksiądz ugodził bardzo krzywdząco Pasterza naszej Diecezji, Ks. Bpa Kazimierza Górnego, przeciwko czemu z całą mocą protestujemy. Dziwimy się, że jest Ksiądz hołubiony, i to wyraźnie przez środki masowego przekazu, jako jedyny ksiądz - bohater, chociaż setki heroicznych kapłanów przeciwstawiało się komunistycznemu systemowi i dźwigało ciężar walki o wiarę i polskość" - czytamy w liście. Księża diecezji rzeszowskiej odrzucają twierdzenia autora książki, że "publikacja przyczyni się do oczyszczenia duchowieństwa katolickiego". Ich zdaniem "stała się krzywdzącym oskarżeniem". "Nie tylko naszego Biskupa, ale wielu innych współbraci w kapłaństwie, i to w oparciu o świadectwo prześladowców". "Krzywdząc naszego Biskupa, krzywdzi Ksiądz i nas, kapłanów Diecezji Rzeszowskiej, którzy w tamtych czasach należeliśmy - zwłaszcza w dziedzinie budownictwa sakralnego - do przodującego duchowieństwa w Polsce. Setki z nas było prześladowanych i otrzymało niesprawiedliwe wyroki sądowe" - piszą księża. Sygnatariusze listu wzywają ks. Isakowicza-Zaleskiego "do przemyślenia swojego postępowania i do zaprzestania osądzania swoich współbraci, zgodnie z tym, co powiedział Pan Jezus: 'Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni'". Oczekują również od ks. Isakowicza-Zaleskiego przeprosin "za wyrządzoną biskupowi krzywdę". "Natomiast sprawiedliwej oceny naszej kapłańskiej działalności w tamtych czasach, niech dokonają kompetentni specjaliści w duchu prawdy i chrześcijańskiej miłości" - dodają księża diecezji rzeszowskiej. List został wysłany także do wiadomości kardynałów Stanisława Dziwisza i Józefa Glempa, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Józefa Michalika i biskupa rzeszowskiego Kazimierza Górnego. Ks. Isakowicz-Zaleski, powołując się na dokumenty ze spotkania werbunkowego napisał, że na tej podstawie można wnioskować, iż zgoda ks. Górnego na spotkania z funkcjonariuszem SB "wynikała wyłącznie z troski o budowę kościoła i że w kontaktach tych przestrzegał on określonych reguł: nie składał doniesień na innych duchownych czy osoby świeckie; nie ujawniał tajemnic kościelnych; nie przekazywał informacji, które mogłyby skompromitować inne osoby; nie pobierał wynagrodzenia, wreszcie - odmawiał spotkań poza plebanią". "Można nawet przypuszczać, że duchowny we własnym mniemaniu był przekonany, iż nie współpracuje z SB, lecz jedynie utrzymuje konieczne kontakty. Jednak sami funkcjonariusze SB traktowali te spotkania jako współpracę" - podkreśla autor książki. cytuje sie wyrwane z kontekstu fragemnty ksiazki i buduje sie na nich do gory nogami wywrocone wnioski a nastepnie dzierga sie z nich sztandary i wszczyna krucjate... zaiste moga wszystkie konczyny opasc zwlaszcza ze sie jest swieckim a fikaja ci ktorych nazywa sie konsekrowanymi... 2007-03-07 23:08:43 skomentuj (0) powiem krotko ...to jak sie zachowuje byly-obecny dyrektor Muzeum Sztuki Wspolczesnej pan.Tadeusz Zielniewicz i pani Anda Rotemberg to wola o pomste do nieba... ci ludzie "starej gwardii" po prostu zatracaja wszelkie granice przyzwoitosci i w nosie maja obowiazujace prawo (w tym prawo lokalne jakim jest plan zagospodarowania przestrzennego - mnie samej sie ten plan nie podoba ale BASTA! jest obowiazujacy i mozna teraz tylko dywagaowac na niskimi horyznotami intelektualnymi jego tworcow - planistow i urzednikow miejskich i tyle) tymczasem co czytamy w gazetach: "Wczoraj dyrektor i rada programowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej ogłosili swoje plany: będą z pomocą ministra kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierza Michała Ujazdowskiego przekonywać prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz, żeby odstąpiła od budowy muzeum według projektu szwajcarskiego architekta Christiana Kereza, który wygrał konkurs. [1]Gronkiewicz-Waltz powiedziała w środę "Gazecie", że chciałaby uszanować werdykt jury. Muzeum Sztuki Nowoczesnej jest inwestycją miasta, ale finanse na budowę nie pochodzą wyłącznie z budżetu miejskiego - trzy czwarte środków ma pochodzić z funduszy Unii Europejskiej przeznaczonych na lata 2007-13. Ministerstwo Kultury ma pomóc miastu w ich zdobyciu, przyznając specjalny rządowy priorytet tej inwestycji. Dlatego decyzja ministra jest tu kluczowa. Wczoraj w południe odbyło się spotkanie ministra Ujazdowskiego z panią prezydent. Nic nie zostało postanowione, prócz tego że obie strony będą się starały szukać kompromisowego rozwiązania. Wczoraj rzecznik ministra powiedział nam, że Ujazdowski jeszcze nie podjął decyzji, że analizuje wszystkie sygnały, które do niego dotarły, "dogłębnie się nad tym pochyli" i w poniedziałek lub wtorek sformułuje swoje stanowisko. Rada programowa muzeum złożyła wczoraj u prezydent Gronkiewicz-Waltz dwa wnioski. Jeden o to, by nie zawierała umowy ze zwycięzcą konkursu, drugi o to, by wystąpiła o zmianę planu zagospodarowania przestrzennego w rejonie pl. Defilad. Dyrektor muzeum Tadeusz Zielniewicz chciałby powrotu do odrzuconego dwa lata temu planu urbanistycznego tego miejsca, który uwzględnia szeroką spacerową oś wiodącą od głównego wejścia Pałacu przez ul. Złotą. Rada będzie wnosić o to, by w nowym planie wokół Pałacu Kultury było mniej budynków. Wtedy i muzeum i Pałac byłyby odpowiednio wyeksponowane. Rada programowa powołuje się na to, że socrealistyczny Pałac Kultury został właśnie wpisany do rejestru zabytków. Trzeba go więc w nowym planie wyeksponować, nie zasłaniać gęstą zabudową. [2] Jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz przyjmie wnioski rady programowej są możliwe dwa scenariusze. Albo prezydent miasta przeprowadzi zamknięty konkurs np. między trzema zaproszonymi architektami. [3]Albo muzeum założy prywatną fundację i zorganizuje własny konkurs, jak to było w wypadku konkursu na budynek Muzeum Historii Żydów Polskich - powiedział Zielniewicz[4] Podczas konferencji prasowej pytano członków rady programowej, dlaczego nie chciała się spotkać z Christianem Kerezem, by porozmawiać o szczegółach projektu i możliwościach dostosowania go do potrzeb muzeum. Przewodnicząca rady Anda Rottenberg powiedziała, że po analizie projektu rada uznała to za bezcelowe. "Wyobrażaliśmy sobie - tłumaczyła - że na dole będzie publiczne forum o powierzchni 5 tys. m kw. i wysokości 12 m. Tymczasem Kerez zaprojektował tam sklepy i strop na wysokości 6 m. "Parter jest za niski, opresyjny i nie może służyć sztuce" - powiedziała Rottenberg. Uważa też za błąd umieszczenie galerii dopiero na trzecim poziomie. "To miało być miejsce dialogu z najszerszą rzeszą społeczeństwa, a nie muzeum dla wąskiej grupy zawodowej" - mówiła Rottenberg. Dodała, że swoim wyrazem estetycznym budynek Kereza kojarzy się z czasami komunizmu. Dyrekcja muzeum zaprezentowała wczoraj wyniki badań CBOS, przeprowadzonych na 500-osobowej próbce warszawiaków. Pokazywano im dwa projekty - autorstwa Ala Architects/Grupa 5 (wyróżnienie specjalne) i Christana Kereza. Na pytanie "czy budynek ci się podoba" ze wskazaniem na Ala Architects/Grupa 5 przeszło 30 proc. respondentów odpowiedziało "zdecydowanie tak", w przypadku projektu Kereza takiej odpowiedzi udzieliło tylko 6,2 proc. [5] Na pytanie czy chcieliby, by budynek stał się "jednym z rozpoznawczych znaków Warszawy w świecie" ze wskazaniem na Ala Architects twierdząco odpowiedziało 27 proc. respondentów, w przypadku projektu Kereza - 4,2 proc. Badanie zostało zamówione i sfinansowane przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Christian Kerez powiedział "Gazecie": Mój budynek składa się z trzech poziomów. Na pierwszym umieściłem przestrzeń komercyjną, której ode mnie wymagano, na drugim - publiczne forum otwarte dla ludzi i otwarte na miasto, na trzecim - galerię. W takim projekcie najtrudniejsze było klarowne oddzielenie od siebie trzech przestrzeni o tak różnych funkcjach. Mój projekt jest elastyczny. Nawet gdyby nikt mnie nie prosił o zmiany, sam bym go zmieniał. Brałem udział w konkursie na koncepcję muzeum, a nie na gotowy projekt. Jedyne, czego nie można zmienić, to sposób, w jaki powiązane są ze sobą trzy poziomy - zasada, że im wyżej, tym mniej jest podpór i przez to sufit jest coraz bardziej rzeźbiarski. Trudno byłoby też zmienić zasadę, że przestrzeń we wnętrzu rozciąga się horyzontalnie. Dzięki temu przestrzeń będzie się ludziom wydawać otwarta i dostępna. Liczba wejść, szerokość i ilość schodów pozostaje do dyskusji, podobnie jak sposób rozstawienia filarów. Można też inaczej ukształtować dach - np. w jego części urządzić ogród zimowy lub kawiarnię. Dziwi mnie, że ludzie w badaniach opinii społecznej mają decydować, który budynek wolą. Kiedy w Szwajcarii są konkursy architektoniczne - a na budynki użytku publicznego z reguły są konkursy - zawsze jest dużo dyskusji wokół projektów, które wygrały, często są bardzo mocno krytykowane. Ludzie z danego regionu mają prawo w bezpośrednim głosowaniu odrzucić budynek, który wygrał, ale nigdy nie mogliby w głosowaniu wybierać pomiędzy różnymi projektami." a teraz krotki moj komentarz: -nie jestem zwolenniczka wygranego projektu, ale nie uwazam zeby byl beznadziejny, ot czysty modernizm - budynek ktorego forma wynika bezposrednio z linii zabudowy wyznaczonej w planie zagospodarowania przestrzeni, ktory jest obowiazujacym prawem lokalnym; -nie mniej CHUCPA jaka sie dzieje mnie wnerwia okropnie: [1]jakim prawem -chyba Kaduka tylko- sie pytam pan dyrektor i jego rada ma czelnosc zadac od autora wygranego projektu odstapienia od kontraktu, jesli tak na prawde sa administratorem a nie wlasciwym inwestorem!? forma nacisku jakim poddawany jest projektant jest obrzydliwa, uwlaczajaca architektowi; [2]BELKOT!!! PKiN w zaden sposob zaslonic sie nie da!!! nawet jakby sie poustawialo wokol niegho same punktowce i tak pozostanie symbolem Wawy. Zdaje sie ze pan dyrektor MSW przypomnial sobie ze przez 10 lat temu byl specjalista nie od sztuki wspolczesniej a wlasnie od zabytkow...piastujac stanowisko Generalnego Konserwatora...i stal sie obronca zabytku ktory nie potrzebuje ekstra oslony . NIE ZMINIA SIE obowiazujacych planow urbanistycznych tylko ze wzgledu na wpisanie do rejestru zabytkow obiektu lezacego na obszarze objetym planem . Ustawa o ochronie dobr kultury daje urzednikom mozliwosci prawne na etapie formowanie decyzji ( a wiec decyzji - pozwolenia na budowe na saseidnich dzialkach) wlasciwej ochrony i ekspozycji zabytku [3]HA! a wiec o to chodzilo...aby powtorzyc juz kasusy jakie mialy miejsce w tym miescie. No slucham KTORE zespoly- TRZY!- mialy by uczestniczyc w tym zamknietym konkursie? [4] hehehe jasne ze to by bylo dla dyrekcji MSW super rozwiazanie...wlasny folwark...no, no, czekamy tylko na tego darczynce ktory by to sponsorowal...aaaa czyzby dalej za unijne pieniazki prywate prowadzic? no super...sliczny pomysl... [5] od kiedy to za publiczne pieniadze instytucji budzetowej prowadzi sie sondy publiczne na bardzo waskospecjalistyczne problemy...aaa moze bada sie GUSTA? to zupelnie cos nowego, tak wbrew obowiazujacym porzekadlom... ps. cytat artytkulu z gazety wyborczej ale nie jest to jakas nadeta przez GW zadymka, bo oto (tekst podaje za blogiem.D.Barosiewicza) PAP upublicznil dzisiaj komunikat " 7.3.Warszawa (PAP) - O "powstrzymanie się od wszelkich działań publicznych" zaapelował minister kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierz Michał Ujazdowski do Tadeusza Zielniewicza z Muzeum Sztuki Nowoczesnej. "Prośba ta wynika z faktu złożonej w ubiegłym tygodniu rezygnacji Tadeusza Zielniewicza z funkcji dyrektora Muzeum Sztuki Nowoczesnej" - poinformował PAP rzecznik resortu Jan Kasprzyk. Sprawa dotyczy wyników międzynarodowego konkursu na projekt koncepcji architektonicznej gmachu Muzeum, ogłoszonych 18 lutego. Zwyciężyła praca architekta Christiana Kereza z Zurichu. Z werdyktem jury konkursu nie zgodził się dyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Tadeusz Zielniewicz, i kilka dni po ogłoszeniu werdyktu zrezygnował ze stanowiska. Oświadczył, że rozpoczyna "otwartą walkę o projekt, który otrzymał wyróżnienie specjalne" - czyli o pracę fińsko-polskiej grupy architektów (ALA Architects Ltd/Grupa 5 Architekci/ Jarosław Kozakiewicz). Jego zdaniem, ten właśnie projekt powinien zostać zrealizowany w Warszawie. Zielniewicza poparła także Rada Programowa Muzeum. 2 marca na zwołanej konferencji prasowej w Warszawie Zielniewicz poinformował, że Muzeum Sztuki Nowoczesnej - w uzgodnieniu z radą muzeum i radą programową - zwróciło się do prezydenta Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz z wnioskiem o niezawieranie umowy na prace projektowe ze zwycięzcą konkursu na koncepcję architektoniczną muzeum, Christianem Kerezem. Rzecznik resortu kultury Jan Kasprzyk poinformował w środę PAP, że minister Ujazdowski wystosował do Tadeusza Zielniewicza we wtorek list, w którym poprosił o Ńpowstrzymanie się od wszelkich działań publicznych, szczególnie tych, które dezawuują decyzję Komisji Konkursowej w sprawie wyboru projektu architektonicznego muzeumń. W rozmowie z PAP Kasprzyk wyjaśnił, że chodzi o powstrzymanie się m.in. od wysyłania komunikatów, informacji o tym, jak przebiegał finał konkursu, i różnego rodzaju wypowiedzi publicznych na ten temat. "Jak wiadomo, minister podjął się w tej sprawie mediacji, spotyka się ze wszystkimi zainteresowanymi stronami. Jesteśmy głęboko przekonani, że podsycanie tego sporu ze strony pana dyrektora nie służy właściwemu i spokojnemu rozwiązaniu tego problemu, który powstał w związku z ogłoszeniem wyniku konkursu" - powiedział PAP Kasprzyk. Zaznaczył, że "list ministra ma charakter prośby, a nie polecenia". Kasprzyk poinformował też PAP, że minister kultury chce na początku przyszłego tygodnia spotkać się z autorem zwycięskiej koncepcji architektonicznej w konkursie, Christianem Kerezem. Oficjalne stanowisko ministra kultury i dziedzictwa narodowego w sprawie Muzeum Sztuki Nowoczesnej ma zostać podane do publicznej wiadomości w poniedziałek. Wtedy też minister poinformuje, czy przyjął rezygnację Zielniewicza. (PAP) " AHA pod linkiem http://dariuszbartoszewicz.blox.pl/2007/03/Panu-juz-panie-K-dziekujemy.html mozna przeczytac na prawde dobry tekst Darka Bartosiewicza i wyjatkowo sensowna i merytoryczna dyskusje w komnetarzach--ach zaczynam wierzyc w blogi... np . mozna tam przeczytac takie info: Gość: , aasu60.neoplus.adsl.tpnet.pl 2007/03/07 11:41:42 Audyt projektu Kereza wykonalo Buro Happold - firma która pracowala tez nad nagrodzona druga nagroda koncepcja Szaroszyka. Po odrzuceniu Kereza i Ala/G5 to wlasnie ten zespól ma spore szanse na otrzymanie zlecenia na projekt realizacyjny - ewidentny konflikt interesów. Do p. Poprzeckiej: trzeba bylo NAJPIERW doprowadzic do zmiany planu, a dopiero POTEM organizowac konkurs. Wydali Panstwo mase publicznych pieniedzy, nie wspominajac juz o pracy uczestniczacych w konkursie zespolów, tylko po to, by sie przekonac o tym, ze plan jest zly?! Raczej nie swiadczy to o Panstwa profesjonalizmie. Wobec powyzszego w jednym zgadzam sie z dyrektorem Zieleniewiczem - absolutnie popieram jego decyzje o podaniu sie do dymisji. 2007-03-07 20:56:48 skomentuj (0) komorka czyli ludzie listy pisza ![]() >>ach, ta mlodziez dzisiejsza.... >>marita >Dzieki Marito za pamiec, >ja wiem ze takie cos moze smieszyc, ale nie rodzica... > >kiedy Lukasz byl w drugiej gimnazjalnej zostalismy z ex mezem wezwani do Batorego i pokazano nam jego prace klasowe z historii...nie wiadomo jak bylo reagowac czytajac >" pyt:wymien 3 hetmanow polskich z XVII wieku, odp: 1.nic, 2.nic, 3 Lukas Skaywoker; pyt:wyjasnij przyczyny wojen polsko-ruskich w XVII wieku, odp: moj pies ma trzy nogi i je weskas" >i to byla cala klasowka...jak widzisz do dzisiaj pamietam... >potem pokazano nam klasowke z j.polskiego o najstarszym zabytku jezyka rodzimego "Bogurodzicy".... >szkoda slow >teraz juz mnie to bawi ale wierzaj mi dwa lata temu towarzyszla mi rozpacz i poczucie bezradnosci... >oczywiscie ze bylam u psychologa, jednego, drugiego, oczywiscie ze Artur jak na niego dosc mocno zainteresowal sie sprawa... > >to jest ta ciemna strona rodzicielstwa >:) >pozdrawiam serdecznie >m 2007-03-07 20:40:06 skomentuj (0) na razie tak -do uporzadkowania Przegląd Duchowieństwa. Uniwersalnym parametrem działalności biurokracji jest jej niezdolność do realizowania konkretnych działań, do których jest przeznaczona. Poważna kompromitacja Kościoła mająca miejsce ostatnio jest dobitnym przykładem tej tezy. Sito mające odsiać kandydatów mogących dostąpić godności Arcybiskupa Metropolity Warszawskiego, a co za tym idzie godności kardynalskiej okazało się nieszczelne i to nieszczelne w newralgicznym punkcie. Autorytet Ojca Świętego, Vatykanu, Episkopatu, Prymasa ucierpiał w stopniu poważnym. A ja co mam powiedzieć ludziom? Już wolałbym zajść w ciążę i się z tego ludziom tłumaczyć. Tradycyjnie jednak w KK niefunkcjonujące instytucje zostały zastąpione przez element ideowy, czyli kilku zdeterminowanych dziennikarzy i publicystów.1 To dzięki nim nie powróciły jeszcze zwyczaje trydenckie bpa Józefa Kossakowskiego, bpa I.J. Massalskiego, bpa Wojciecha Skarszewskiego.2Żywię głęboką nadzieję, że sytuacje takie pozostaną ex-rzeczywistością historyczną, a nie realiami i że nie będziemy wystawieni na analogiczne zgorszenia. Utrata zaufania do nominatów, purpuratów, fioletów niestety będzie jednak postępować, bo skoro proces ich doboru i weryfikacji jest tak nieudolny, to nie wiadomo, czy cokolwiek sobą reprezentują. Jak już pisałem część winy ponoszą tu standardowe parametry biurokracji, istotniejsza jednak jest działalność tajnych współpracowników SB. Ponieważ określenia dobrze oddające charakter ich działalności jak „sitwa”, „bratobójcy”, „gangsterzy” budzą u ich sympatyków sprzeciw, przeto zastąpię3 je na potrzeby niniejszego textu też niezłym „golumy”. O ile owe golumy do roku 1989 działały w niewiedzy jeden o drugim, to potem łatwo mogły się zorientować, kto pracował dla SB, choćby po wypowiedziach zwalczających lustrację. Niewątpliwie zdolne były one obezwładnić Kościół Polski na tyle, żeby kontynuować kariery4 i dzięki temu trzymać łapy na pulsie. Zwróćmy uwagę, że pewne działania kardynała Dziwisza np. odmowa czytania xiążki x Isakowicza-Zaleskiego5 wywołała enuncjacie medialne różnych xięży, że jest to zdystansowanie się, odmowa imprimatur, wręcz zakazanie wydanie tej pozycji, po czym kard. Dziwisz stwierdza, że nie jest to wyraz potępienia, ale nie chce być posądzony o cenzurę. Ten schemat powtarzał się przy okazji różnych perturbacyj lustracyjnych x Zaleskiego. Kard Dziwisz zakazał jednak x Isakowiczowi wypowiadania się w sprawie lustracji, a nie zakazał golumom, które mogły x Zaleskiego opluwać bezkarnie. I to jest smutne. Smutne jest też, że z zakonu jezuitów wywala się nie konfidentów SB, ale domagających się prawdy zakonników, ergo golumy są tam wyjątkowo mocne. Marek Lasota w xiażce „Donos na Wojtyłę”6 tylko dlatego pokazuje antypapieskie działania SB, że jest osobą świecką, pracownikiem IPN i golumy nie dadzą rady go zadławić, dopóki Kaczory trzymają się koryta. Xiędza dawno by wykończyły, chyba że jakimś cudem by przetrwał, jak x Zaleski. W każdym razie w czasie pierwszej pielgrzymki SB miało 7 konfidentów mających dostęp do Jana Pawła II, bądź świty. „Delta”, „Karol”, „Marek”, „Leszek”, „Tukan”, „Jurek”, „Trybun” - golumy te to najcenniejsi konfidenci SB. Mieli oni rozeznawać co się da, np.: zmiana polityki Vatykanu względem PRL, rzeczywistych stosunków Jana Pawła II i kard. Wyszyńskiego - niezależnie od publicznych gestów. Ale mieli oni też skłócać kogo się da. Jana Pawła II z kard. Wyszyńskim. „Tygodnika Powszechnego” i kard. Macharskiego. Mieli absorbować Ojca Świętego sprawami diecezji krakowskiej, aby uzasadnić zarzuty dostojników vatykańskich zbytniego angażowania się w sprawy Kościoła Polskiego. Golumy w organach kierowniczych Kościoła krakowskiego to: „Ares”, „Konrad”, „Cis”, „Halny”, „Zygmunt”, „Ziembowski”, „Jerzy Jarzębski”, „Józek”, „Marian”, „Wiśniewski”, „Sewer”, „Stanisław”. Agentura miała za zadanie m. i. sabotowanie przygotowań do pielgrzymki, poprzez forsowanie rozwiązań korzystniejszych dla reżimu, np. próba ograniczenia kart wstępu na Mszę na Błoniach. Rozpanoszyć się mieli we władzach Kościelnej Służby Porządkowej. Szczególnie bolesna jest działalność golumów7 donoszących na kard. Dziwisza, o czym pisze ostatni Newsweek. Wprost nie gorsze i o bp Dąbrowskim. Konfidenci SB okazują się być ludźmi bez sumienia. Zdemaskowani bez skrupułów zaprzeczają swojej zbrodniczej działalności, aby tylko zachować stołki. Działają wg schematu: 1. Zaprzeczają jakimkolwiek związkom z SB. Płaczą o nagonce itp. w stylu Jakubowskiej8 2. Jak już dowody się pojawią, to je bagatelizują, aby zyskać na czasie. 3. W końcu do czegoś tam się przyznają. Ale po drodze są listy z poparciem. Po tym właśnie się poznaje goluma – jak pojawią się petycje z poparciem, że niby nie jest znaczy mamy do czynienia z golumem. Najgłośniej krzyczą inni TW. W końcu przyznają się, że byli. Ale że nie szkodzili. I po co nam to było? Ostatnie zawirowania wokół abp Wielgusa były tak dynamiczne, że pewne kluczowe kwestie umknęły uwadze uczestników wydarzeń i nie zostały zauważone. Pozostawiając wszelakie kwestie etyczne i moralne na później spróbujmy przeanalizować praktyczną stronę wydarzeń. Abp Stanisław Wielgus decydując się na przyjęcie nominacji powinien zdać sobie sprawę, że prawdziwe materiały go dotyczące mogą się znajdować w IPN i w wyniku ich ujawnienia wybuchnie skandal. On akurat nie musiał się tym przejąć z uwagi na miłość do kariery, która jak wynika z akt go cechuje. Z jego osobistego punktu widzenia gra była warta świeczki, bo zakończyć się mogła co najmniej kardynalskim kapeluszem. Warszawa jest bowiem jedną z stolic biskupich, której biskup powinien posiadać godność kardynalską, dającą prawo do wyboru papieża i pewne szanse na tenże. Być może sprawa by nie wyszła na jaw, może się rozejdzie po kościach itp. Co by się stało, gdyby agenturalna przeszłość abp Wielgusa wyszła na jaw np. w czasie konklawe – strach pomyśleć. Ale możliwość skandalu powinna zaalarmować ludzi kierujących się dobrem Kościoła. Gdyby arcybiskupem Warszawy został ktoś, na kogo nie byłoby kompromitujących informacji do skandalu by nie doszło, ingres byłby spokojny, przybyliby dostojni goście, słowem: spokój, harmonia, sielanka. Tymczasem mamy tu do czynienia z dyletantyzmem na wszelakich możliwych szczeblach. Dyletanckie poczynania zaowocowały bowiem strzeleniem sobie samobója, który zaowocuje zmniejszeniem społecznego zaufania do biskupów, Dla Kościoła straty, które wynikły z ujawnienia agenturalnej przeszłości abpa Wielgusa są o wiele większe, niż korzyści płynące z jego nominacji. W Polsce nie jest trudno o kandydata na biskupa, zresztą mamy kilkudziesięciu ordynariuszy i jakoś nie słychać było, że abp Wielgus to jakiś tytan przewyższający kolektyw. A przeszłość jego stanowiła poważny defekt, próba jej ukrycia to już poważna katastrofa. Nie ma żadnych gwarancji, że kompromitujące materiały nie znajdują się w posiadaniu byłych ubeków, na pewno kopie są w Moskwie, stąd łatwo by było szantażować abpa Wielgusa, aby wymusić na nim różne dziwne akcje. Tajny Współpracownik Tajny współpracownik jako taki stanowi ewidentny fenomen psychologiczny, obojętne, czy będzie to osoba oceniana pozytywnie, jak np. informator policji w szeregach IRA czy ETA czy w Iraku teraz, czy też negatywnie, jak TW komunistycznego reżimu ucieleśnionego przez Służbę Bezpieczeństwa. Istotny jest tu punkt widzenia owego TW. Najpierw wierzy w jakąś idee, która zniewala go do podjęcia działań bądź zbrojnych, jak partyzantka, bądź terrorystycznych, jak IRA, ETA etc bądź też innych, np. wstępuje do zakonu. Wybór ten nie podoba się pewnym czynnikom, z naszego punktu widzenia słusznie bądź nie. Nasz punkt widzenia nie ma tu jednak znaczenia – istotne jest jest przekonanie danego osobnika zderzający się z punktem widzenia owych czynników. W wyniku werbunku dochodzi do paradoksu – człowiek coś tam robi jawnie, aby zaraz potem to przekreślać tajnie, denuncjując swoich towarzyszy wrogiemu aparatowi ucisku. Jest tu jakaś schiza zawarta. Dwulicowość, czego wydaje się nie rozumieć o. Tadeusz Rydzyk, protestując przeciw teczce abpa Wielgusa. Tajny współpracownik zaś racjonalizuje i samousprawiedliwia swoją zdradę, w czym pomaga mu prowadząca instytucja, w Polsce np. SB. Z jednej strony posługują się naciskiem, zastraszeniem, szantażem, ale drugiej przedstawiają jakieś dobro do osiągnięcia. Jak dialog państwa z Kościołem itp. TW zaś samousprawiedliwiając się jest gotów przystać na najdziksze elukubracje umysłowe. Z kima należy wiązać przyszłość Kościoła Polskiego i kto dba o jego dobro – kardynał Stefan Wyszyński czy generał Czesław Kiszczak? No oczywiście gen. Kiszczak. Dochodzi do głębokiej destrukcji psychiki TW o czym pisze Episkopat w Memoriale: „Organom bezpieczeństwa PRL wbrew pozorom nie zależało tylko na przekazanych wiadomościach, ale na związaniu sumienia tego, kto podpisał współpracę z nimi. On nie musiał przekazać żadnej wiadomości; wystarczyło, że szedł przez życie ze świadomością zdrady, jakiej dokonał, podpisując „umowę o współpracę” z władzami niszczącymi wartości religijne i moralne.” Dlatego też mało kto wyraża skruchę – bo związał się z SB emocjonalnie i prędzej będzie opiewał gen. Kiszczaka niż się przyzna. Kto ma skruchę to już dawno ją wyraził, a reszta będzie się zachowywać tak jak uczyli ich na szkoleniach: nie przyznawać się do niczego, zaprzeczać, a jak się już nie da to przyznawać się tylko do tego, na co są niezbite dowody oraz do kwestii drugorzędnych. Stąd ten chory upór i zaprzeczanie oczywistościom. Zagrywki vabank Jak już wspomniałem wydaje się, że o. Tadeusz Rydzyk traktuje lustracje instrumentalnie, jako młot na „liberałów” których nie lubi. Skoro golumem okazuje się ktoś, kogo lubi no to strasznie się wkurza. Znajduje nieoczekiwanie wspólny język z prymasem kard. Józefem Glempem, który usiłuje wmówić ludziom, że akta abpa Wielgusa są fałszywe, czym kompromituje Ojca Świętego, który im uwierzył. Sam abp Wielgus nie zdobył się na zaprzeczenie ich autentyczności. Nie prawdą jest też, że nie miał możliwości obrony. Udzielał wywiadów np. we „Wyborczej”. Mógł się nawet przebadać na wykrywaczy kłamstw. Ale dowody okazały się niezbite i tyle. Pomyślmy teraz, co czuł prezydent, jeśli prawdziwe są pogłoski, że przekazał akta do Vatykanu już w maju. A tu Stolica Apostolska oświadcza, że wie wszystko i jest OK. Można się tylko cieszyć, że tej nominacji nie dostał Urban. W końcu nawet papież był Urban, co dopiero arcybiskup. Teraz Ojciec Święty się tłumaczy, że nie wiedział. Że ktoś to schował pod dywan, co oznacza, że we Vatykanie też działają golumy i potrzebna jest tam czystka kontrwywiadowcza. Tak źle i tak niedobrze. A co niektórzy nie bardzo wierzą, że nie wiedział, tylko piszą na usenecie, że wiedział, a teraz go się kryje. I po co to wszystko? Nie można było od razu zlustrować kandydatów? Komu zależało na tym, żeby golumy okupowały stanowiska? Stanowisk tych nie mogły więc zajmować niegolumy. A golumy z powodu zwichniętej, zdegenerowanej i zdeprawowanej konstrukcji psychicznej wygenerowały trochę problemów i powiększyły istniejące. Co prawda trudno to oszacować, ale sądzę, ze brak lustracji kosztował Kościół Polski 5-10% frekwencji na Mszach i do 10% składki. Ponadto ludzie uczciwi byli eliminowani, a forowane różne miernoty, czy nawet funkcjonariusze SB. Prasa katolicka leży i kwiczy. Jak już pisałem, golumy mają misję kapłana w nosie, dlatego np. brak zainteresowania sprawą „Chefsiby”. Sprawa jest na tyle niejasna, że np. Stanisław Michalkiewicz zastanawia się, czy aby takie nieoczekiwane działania nie są wynikiem prowokacji, aby pokazać Episkopatowi jak kosztowna może być lustracja i skłonić biskupów do ostatecznego porzucenia IV RP na rzecz sojuszu z antylustratorami i obalenia Kaczorów. Jednak trzeba sobie zdać sprawę, że lustracja wzmocni Kościół, dlatego należy ją szybko przeprowadzić. Co prawda dla części osób krytykujących abpa Wielgusa afera ostatnia stanowi li tylko dogodny pretext, bowiem po prostu nie lubią go z różnych przyczyn i wykorzystują sytuację, jednak ostatecznie biskupi mimo mocno niejasnego listu9 odczytanego 14 stycznia musieli się zgodzić na przebadanie zawartości materiałów IPN. Być może nie ze względu na wartości, ale z lęku przed kolejnymi skandalami i osłabieniem pozycji Kościoła. Smok Eustachy Powrót do strony głownej Przypisy: 1Zauważam, że żaden z hierarchów nie położył się Reytanem w tej sprawie, ani nie zajął się nią, aby do skandalu nie dopuścić. Szczególnie nuncjatura tu jest obciążona. 2Skrajni zwolennicy Targowicy wysługujący się Moskwie. Skazani na śmierć za czasów insurekcji Kościuszkowskiej. Bp. Skarszewski został ułaskawiony. 3Niech znają moje dobre serce. 4O chorobliwej miłości do kariery można poczytać w teczce abpa Wielgusa. 5Nazywanego dalej x Zaleskim, x Isakowiczem bądź x Isakowiczem-Zaleskim. 6Wydawnictwo „Znak”; Kraków 2006 r. 7Rozpanoszonych na intratnych beneficjach. 8Kto pamięta buńczuczne oświadczenia Aleksandry Jakubowskiej „ręce precz od mojej rodziny”? 9Ocenzurowanego w Diecezji Płockiej co stanowi swoiste curiosum. (Wojciech Sopel, sopelek2@poczta.onet.pl, 2007-03-04, 13:25:45) 2007-03-07 18:48:03 skomentuj (0) ???? dzisiaj podczas rozmowy z Ala uzmyslowilam soebie ze nie pamietam czy moja starsza corka pisala probna mature...dopiero dlugo po wyjsciu Ali z pracowni- przypomnialam sobie... te calkiem srednie wyniki... jestem zmeczona 2007-03-01 22:30:38 skomentuj (0) no tak.... czwartki ZAWSZE sa dla mnie trudne i meczace , teraz mam w te dni dwie nasiadowy pod rzad i mam wrazenie ze zaczynam uczestniczyc w jakims juz malokontrolowanym wariactwie.... a dzisiaj jeszcze rano wyladowalam z Tomkiem z ramienia ZOK u pana Dyrektora Zarzadu Rozbudowy... oczywiscie ze bedziemy mowic o sukcesie jak sie okaze ze najcennijesze elementy z odslonietych piwnic daly sie uratowac ...ale chcialam przy okazji o czyms innym (zaslona litosciwego milczenia na to jak wyglada urzad skat inad stoleczny...jak w skansenie, ale sama bylam urzednikiem wiec nic mnie nie zdziwi i wiem co to znaczy obiektywne uwarunkowanie...)..otoz nas rozmowca (jeszcze BTW bardzo podobala mi sie jego asystentka, mloda , bystra, stonowana )otoz wygladal na faceta co chce rozwiazac problem sensownie, otwartego (heheh o mocnym ego ale to akurat dobrze) i zupelnie nie doinformowanego w podstawowych sprawach (z gory zastzregam sie ze nie sugeruje braku kompetencji, on kurka nie musi znac sie na wszystkim, on ma zarzadzac, organizowac a od merytorycznych spraw ma miec doracow)- gdzie byli do tej pory ludzie ktorzy mieli mu tlumaczyc sprawy na biezaco...? nie wiem...co to moze oznaczac? ano ze ludzie ktorzy go otaczaja nie mieli munic do powiedzenia, znaczy sie nie znaja sie, znaczy sie nie te horyzonty, znaczy sie nie znaja srdowiska, ludzi, relacji, ukladow...lub mu nie chcieli powiedziec; tak czy siak - smutne. 2007-03-01 22:28:15 skomentuj (0) moher mialam to wpisac wczoraj , ale serwis blog.pl byl w konserwacji calodobowej, no wiec dzisiaj krociutko aby nie ulecialo z pamieci... w zeszla niedziele na mszy w naszym zaciszanskim kosciolku (czyli peryferyjnym, czyli praskim, tak tak dziala kolko Radia M) no wiec stoja sobie raczej z tylu kosciola, prawie pod chorem i tak patrze ze jeszcze utrzymuje sie w tym naszym kosciolku tradycja juz raczej tylko na prowincji utrzymywana ze panowie po lewej stronie siedza a panie po prawej, ale to byla taka mysl ulotna bo zaraz co innego moja glowe poddajaca sie rozproszeniom zajelo... patrze, patrze, PATRZE , wlasciwie to juz sie ROZGLADAM i co widze? ano widze na glowach pan: -kapelusze glownie z polaru (to chyba jakis hit, calkiem niektore gustowne) -berety bardzo tradycyjne -welniane czapki (zadkosc i jak juz to jakas gruba welna) no tak rozgladam sie po tych nakryciach damskich glow i nie wiedze, nie wiedze moheru! (...ach jest! jeden, chyba ten kapelusik z moheru zrobiony...) nie ma moheru...(zniszczyl sie w czasie prania?) POLAR RZADZI! i to by bylo na tyle 2007-03-01 22:10:24 skomentuj (1) |
|
zacisze |
|